NEW IN: przeceny w drogeriach na start


Bieżący tydzień to dość szalony okres pod względem zakupów kosmetycznych: dziś wystartowały przeceny w Naturze (-40% na kolorówkę), podobnie w Hebe - dużo kosmetyków za pół ceny, a od piątku w Rossmannie słynna, dwa-razy-w-roczna ;) przecena -49%, która różnymi etapami potrwa aż do 11 maja. Ja wpadłam wczoraj do Hebe, a dziś do Natury - Rossmanna tym razem w ogóle nie planuję - trzymajcie kciuki za moje postanowienie. Nie przepadam za tym, co się tam dzieje podczas tych przecen, a zresztą od jakiegoś czasu niewiele z jego asortymentu się u mnie sprawdza. Częściej sięgam po kosmetyki apteczne albo z perfumerii, zwłaszcza tych online. Szczerze mówiąc, Natura to jeszcze bardziej nie mój klimat- mam wrażenie, że zawsze wszystko jest tam przebrane, a szafy wybrakowane. Wybrałam się tam jednak ze względu na szansę zastania produktów Kobo, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia, a już dłuższy czas kusiły mnie one spoglądając na mnie z blogów i kanałów na YT. Wciąż brakuje mi porządnego korektora pod oczy, ale tu muszę jeszcze wykonać porządny research ;) a tymczasem krótka fotorelacja z dotychczasowych zakupów, które chociaż oszczędne - mam nadzieję, że okażą się trafione. 

Zapraszam dalej, jeśli jesteście ciekawe co kryje się pod moim storczykiem w wersji XS ;)

Słynny brązer z Kobo w odcieniu Sahara Sand, pigment Kobo - Seashell, kredka do brwi Catrice - Don't let me Brow'n (miałam ją wcześniej w odcieniu Date with Ash-ton i była świetna), oraz bonus - masełko do ust Misslyn, dorwane w Hebe. 


Niełatwo oddać kolor tego brązera na zdjęciach, jednak na pewno mogę o nim na pierwszy rzut oka powiedzieć, że jest raczej chłodnym, satynowym w konsystencji kosmetykiem, który narazie, po swatchach na dłoni wygląda dość jasno - ale muszę wypróbować go na policzkach, żeby móc stwierdzić, czy fajnie się sprawdza i wygląda naturalnie. Pierwsze wrażenie jest pozytywne, opakowanie też wygląda ok jak na cudo za kilkanaście złotych ;)



Kolejny drobiazg to kredka do brwi Catrice. To dla mnie nie nowość, bo już ją kiedyś miałam w innym odcieniu, ale po wielu próbach z farbkami, cieniami i zestawami do brwi chętnie do niej wróciłam, bo naprawdę dobrze się sprawdza: ma optymalny dla mnie odcień i praktyczną szczoteczkę. W zestawie z bezbarwnym żelem z Catrice to całkiem fajny zestaw na codzień.




 A to mój wcześniej wspomniany storczyk w rozmiarze XS. To pierwsza żywa roślina w moim mieszkaniu od... od dawna ;) zauroczyła mnie jego wielkość i kolor - chociaż przyznam, że moja miłość do orchidei nie trwa zazwyczaj zbyt długo, gdy przekwitają nie jestem w stanie zmotywować ich do ponownego wypuszczenia pąków. Może tym razem się uda ;)


No i zupełnie ponadplanowy zakup z Hebe - czyli masełko do ust Misslyn. Ok, nie było mi zupełnie potrzebne. Co więcej, nawet nie lubię kosmetyków do ust w takiej formie. Ale blaszane opakowanie, makaronik z przodu i jagodowy smak sprawiły, że wylądował w koszyku. Tak jak przewidywałam, nie jest to coś co zrewolucjonizowało moją kosmetyczkę ;) mi przypomina zwyczajną wazelinę. Trochę też zdziwił mnie kompletny brak składu na opakowaniu. Ale jest wiosna, usta nie wymagają turbo ochrony, a poza tym jest po prostu ładne!



No i pigment Kobo, w odcieniu Sea Shell. W szafie Kobo panował taki bałagan, że prawie zrezygnowałam z jego poszukiwania, jednak namówiona przez Agu byłam zdeterminowana i udało się. To mój pierwszy  pigment z Kobo, wybrałam właśnie ten kolor, bo jest jasny, pięknie opalizujący i zamierzam wykorzystywać go w odwiecznie praktykowanym przeze mnie celu: do rozświetlania powiek i sprawiania, by oczy wyglądały na większe ;) Tutaj pierwsze wrażenie jest pozytywne: pigment ma naprawdę ładny kolor, to złotawo beżowy, drobno zmielony cień okraszony brzoskwiniowo-różową poświatą. Powinien fajnie się sprawdzić subtelnie nałożony na powieki, lub wzmocniony na przykład białą bazą.

Po lewej: cienka warstwa pigmentu bez niczego pod spodem, po prawej - na bazie do powiek Hean.

 I ostatni bonus: świeca, również wypatrzona w Hebe. Jestem już na tym etapie z Yankee Candle, że nie rzucam się na każdą nowość od nich, bo ten design nieco mi się opatrzył, a zapachy poza kilkoma ulubieńcami mocno się powielają. Ta świeczka kosztowała 19zł i urzekło mnie, że jest taka minimalistyczna i elegancka. Ma bardzo delikatny zapach, który nigdzie na opakowaniu nie jest sprecyzowany - dla mnie to jakby jaśmin lub inne białe kwiaty. Zresztą dla mnie tego typu dodatki służą też dekoracji, a nie jedynie walorom zapachowym ;)


Tym razem moje zakupy wypadły dość skromnie. A wy, macie konkretne plany zakupowe? Dajcie znać, jeśli są jakieś produkty must have - może i ja przemyślę moje postanowienie, by omijać już drogerie szerokim łukiem... ;)

Etykiety: ,